Chodź ze mną

Pobierz mp3 (kliknij w link prawym przyciskiem myszki, a następnie „zapisz link jako”)

Oto nowe tłumaczenie przekazu Jeszuy danego za pośrednictwem Jayema pt.: Chodź ze mną.

Ponownie pozdrawiam was, umiłowani i święci przyjaciele – tych, którzy podróżują ze mną od chwili, zanim nastał czas oraz tych, którzy pozostaną ze mną, gdy cel czasu się dopełni, a wszystkie rzeczy przynależące do przestrzeni i czasu nie będą już dłużej potrzebne i rozpłyną się w Źródle, w którym wzięły początek, zaś Święte Dziecię Boże będzie trwało na wieki jako Jedno ze Swoim Stwórcą. Nie da się tego opisać w językach twego świata, a jednak – dzięki wierze i wizji – serce może ujrzeć, poczuć i poznać, że z pewnością Stworzenie ma swój cel i z pewnością doświadczy kresu… kresu rzeczy odzwierciedlających Stworzenie w czasie, ale nie kresu samego Stworzenia. Gdyż Stworzenie jest jedynie nieograniczonym szerzeniem Miłości Boga, w doskonałym zjednoczeniu z jedynym Stworzeniem Boga, Jego ukochanym Dzieckiem – tobą, jedynym Sercem Chrystusa, podzielanym przez wszystkich, poza ciałem, poza osobowością, poza twoimi snami o historii, którą – jak myślisz – nadal ze sobą niesiesz, gdyż te rzeczy zostały ci już zabrane i pozostajesz taki, jakim zostałeś stworzony.

A jednak w ramach snu o czasie i przestrzeni, tak jak ty zaznałeś narodzin w tym świecie, tak również i ja przybyłem tu i narodziłem się w ramach czasu. Przybyłem tu tak samo, jak ty. Nie przybyłem tu jako ten, który już był mistrzem dalece większym od ciebie. Przybyłem, by być taki, jak ty.

Zatem wyłoniłem się z łona kobiety.

Pojawiłem się i – wbrew legendom – zaprawdę krzyczałem i płakałem, tak jak każde nowonarodzone dziecię.

Przybyłem, by doświadczyć głodu i chłodu.

Przybyłem, by nauczyć się odczuwać subtelne energie ludzi, którzy mnie otaczali.

Przybyłem, by dziwić się temu, jak ptak frunie po niebie.

Przybyłem, by zachwycić się tym, jak słoneczne promienie tańczą na wodzie.

Przybyłem zachwycić się darem pieśni i tańca, i świętowania, które wzbierały w duszach tych, których widziałem dookoła siebie.

Byłem zatroskany, patrząc na wielu i widząc zasłony bólu, zwątpienia i winy, i zastanawiałem się: Skąd wzięły się te wszystkie rzeczy?

Gdyż zaprawdę przybyłem tu i wybrałem, tak jak i ty wybrałeś, narodzenie się w jakiejś linii czasu, w konkretnej kulturze na Ziemi, w której nauczano prostej prawdy:

Bóg jest Jeden i Bóg jest Miłością.

A jednak sedno tego prostego przesłania wydawało się być zakryte wieloma pokładami złożoności. Niektórzy mówili, że „Pan, twój Bóg, jest Bogiem zazdrosnym”, a ja nie mogłem tego zrozumieć, gdyż w czasie moich podróży, gdy siadałem przy spokojnych wodach i obserwowałem tańczące na nich światło słońca, gdy słuchałem ptasiej pieśni, gdy słyszałem głos mej matki, nie mogłem pojąć tego, że Bóg mógłby być zazdrosny, że mógłby On być czymkolwiek innym niż wyrazem Miłości, którą On jest. I patrzyłem na mój lud i zaprawdę zatroskałem się. Ale ten, kto szuka, znajduje. A kiedy już znajdziesz, będziesz zatroskany, a owo zatroskanie wytworzy otwarcie, w którym jeszcze głębiej niż dotąd zapytasz:

Ojcze, pokaż mi swoją Twarz, naucz mnie Swojej Prawdy, niech Twoja Wola wypełni się przeze mnie, by przywrócono Ci Stworzenie.

W tej zatem godzinie przybywam, by łagodnie podzielić się z tobą prostotą prawdy, że jesteś taki, jakim jestem i zawsze byłem ja, nawet w ramach czasu. Czułem to wszystko, co czułeś ty. Kwestionowałem te same rzeczy, które ty kwestionowałeś. Spoglądałem na polityczne struktury mych czasów i zastanawiałem się:

Skąd to odczucie niepoczytalności? Skąd ten lęk, pociąg do władzy, która nigdy nie zdoła zaspokoić? Czy nie wystarczy nakarmić tych, którzy głodują i zaopiekować się samotnymi?

A ponieważ dokonałem wyboru, by narodzić się w rodzinie w pełni oddanej odkrywaniu i wyrażaniu Miłości Boga, zapewniono mi wielu nauczycieli. Jako dziecko zabierano mnie do wielu nauczycieli. W owych czasach w żydowskiej społeczności było wiele frakcji. Jedną z tych grup była ta, którą znasz jako Esseńczycy i – wbrew temu, co mawia wielu współczesnych uczonych –e Esseńczycy nie byli jedynie sektą, która oddzieliła się od głównej populacji. Tak, prawdą jest, że mieli oni swe klasztory, wyodrębnione społeczności, ale było też wielu Esseńczyków, którzy żyli żydowskiej populacji tamtych czasów, którzy żyli w miastach i byli cieślami, rybakami, kupcami, nauczycielami, jak również – tak, również rabinami. Esseńczycy bowiem reprezentowali jedynie rdzeń lub esencję nauki, mającej na celu przywrócenie żydowskiej rodzinie starożytnej wiedzy: że człowiek jest jednym z Ziemią, i że poprzez oddawanie czci połączeniu z nią, dusza budzi się do prawdy o swej zależności, nie tylko od Ziemi i rzeczy w czasie, ale od Boga jako Źródła i Stwórcy wszystkiego. Esseńczycy zatem nauczyli mnie jak dostroić się do ciała, jak je uzdrawiać, równoważyć, jak słuchać jego subtelnych przesłań, jak używać darów postu, modlitwy i medytacji, by naprawiać drobne zaburzenia w równowadze, które tak naprawdę biorą się z umysłu i z jego lęków i zwątpień.

Zanim ukończyłem piąty rok życia, już zabierano mnie do pewnych nauczycieli, zarówno z monastycznej tradycji esseńskiej, jak i do tych, którzy żyli w Judei i Jerozolimie. Jeden z tych nauczycieli nazywał się Józef z Arymatei. Był on również mym dalekim wujem, należał do mojej rodziny. Zdobył on coś, co nazwalibyście wielkim bogactwem w branży kupieckiej, ale zajmował również wysoką pozycję w żydowskiej społeczności. Często spędzałem z nim czas, moi rodzice po prostu zostawiali mnie z nim, i już gdy byłem bardzo młody, zaczynał mi nucić istotę i sedno judaizmu:

Bóg jest jedynie Miłością, a ty jesteś całkowicie zależny od tego Źródła Stworzenia. Zatem Jemu oddaj każdą decyzję, ufając, że poprowadzi cię Miłość.

Choć byłem małym dzieckiem, myśli te zaczęły się we mnie zakorzeniać. W wieku siedmiu lat odbyłem pierwszą podróż z moją matką, z tym, który był ze mną jako mój ojciec, i z moim wujkiem. Dzięki swej zamożności mój wujek mógł zorganizować nam podróż statkiem i udaliśmy się do ziem, które teraz znane ci są jako Anglia. Udaliśmy się tam, by studiować z pewnymi grupami, po to, by zaczęto odsłaniać przede mną rozumienie rozmaitych grup i ich wysiłków, by zrozumieć Tajemnicę Stworzenia oraz ich starań, by ponownie połączyć się ze Źródłem Stworzenia. Byliśmy tam, by poznać ich zwyczaje, by poczuć – jak by to ująć – ich sposób postrzegania, by się uczyć.

Zatem podróżowaliśmy dalej i moje pierwsze doświadczenie w owej krainie wiązało się z przedstawieniem mnie kaście kapłańskiej –słyszałeś zapewne o „druidach”. Ta energia, ten główny wątek zbliżania się do Stwórcy i Stworzenia sięga bardzo zamierzchłych czasów. Gdy spędzałem z nimi czas, nauczywszy się już spoczywać w niewinności, nie osądzając, ale czując, słuchając i ucząc się poprzez empatię, ujrzałem, że ich całe podejście do Tajemnicy Boga wydawała się przenikać pewna fundamentalna energia. Usiłowali oni zsynchronizować się z energiami Ziemi i chociaż było to całkowicie w porządku, to zacząłem odczuwać, że towarzyszyła temu delikatna nadzieja zyskania panowania lub władzy nad subtelnymi źródłami energiami tego, co stworzone. I gdy zacząłem to odczuwać, pytałem jeszcze mocniej:

Duchu Święty dany mi przez Boga, przynieś mądrość, bym mógł pojąć to, co czuję.

I zacząłem odczuwać, widzieć i rozpoznawać, że choć intencje tego wątku zaprawdę były w pewnym czasie dobre, to umysł człowieka, ego człowieka, może wziąć każdą ideę i użyć jej dla swych własnych celów, tu zatem była subtelna intencja zdobycia władzy nad naturą, zyskania dostępu do pewnych mocy, by zdobyć siłę, czy kontrolę nad innymi. To nie było czymś jawnym lub złym; to było jedynie błędne postrzeganie. Podczas tej podróży zostałem z nimi przez okres dziewięciu miesięcy, po czym powędrowaliśmy z powrotem do Judei. Przywiozłem stamtąd wiele pytań i wspomnień na temat tego, czym się tam ze mną podzielono.

Następnie zostałem pokierowany, by spędzać dużo czasu na wędrówki na pustynię i zacząć przyswajać praktykę trwania w modlitwie i medytacji – w samotności. I jeśli ktoś z was kiedyś czegoś takiego spróbował, to wie, jaki lęk pojawia się, gdy siedzisz pośrodku wielkiej ciemności, gdy rzeczy, które widzą twoje oczy za dnia, znikają, a pojawiają się pewne dźwięki, i gdy nawet sam wiatr wywołuje w tobie lęk. I nauczano mnie, że to są tylko demony, choć dzisiaj nie nazwałbyś ich w ten sposób, lecz raczej psychologicznymi lękami, pojawiającymi się we mnie i potrzebującymi przemiany i uzdrowienia. Nauczano mnie, bym ufał Głosowi przemawiającemu w Imieniu Boga w każdych okolicznościach. Tak więc nawet jako dziecko byłem ukierunkowywany na rozpoczęcie praktyki porzucania hałasu i zgiełku tego świata i szukania miejsca odosobnienia w celu przywrócenia mego świadomego połączenia ze Źródłem wszelkiego Stworzenia, które zacząłem nazywać Abba, Ojciec. A słowo „Abba” nie oznacza jedynie „Ojca”. Ono przywołuje i niesie poczucie, że Źródło Stworzenia pozostaje w intymnym i bezpośrednim związku z każdym aspektem Stworzenia; że Bóg nie jest jedynie abstrakcyjną energią, ale osobowym Bytem, poprzez który można doświadczyć komunikacji w głębi duszy.

Studiowałem dużo z Esseńczykami i wiele się od nich nauczyłem, ale również często odczuwałem tam subtelną, ukrytą energię lęku. W kręgach tych była tendencja, by osądzać Saduceuszy i Faryzeuszy, a nawet żywić pewn dozę nienawiści względem tych, którzy przybyli na naszą ziemię: Rzymian. A ja nie mogłem pogodzić tej subtelnej, ukrytej energii z prostotą Prawdy, którą odnalazłem, czytając Torę:

Bóg jest jedynie Miłością!

Dlatego też poprosiłem, bym mógł szukać dalej. Ponownie udałem się do mego wuja, który był dla mnie w dużym stopniu duchowym mentorem. Gdy zaczął on dostrzegać, że moje pytania nabierały dojrzałości, że potrzebowałem szukać i rozumieć, poczynił pewne przygotowania. I ponownie udałem się z moją rodziną, z mymi rodzicami, do miejsca, które znasz jako Egipt. W tamtym czasie było tam również wiele grup, zbiorowości Esseńczyków, którzy byli świadomi mej obecności (choć ja nie byłem świadomy tego, że oni byli świadomi), oraz tego, że mam w tym życiu misję do spełnienia, i że wzrastałem i rozwijałem się ku realizacji tej misji.

A więc wybraliśmy się w podróż i tam zostałem przedstawiony kapłanom. Zadawałem im pytania, przyglądałem się ich rytuałom, słuchałem ich i do późnych godzin nocnych rozmawiałem z ich „filozofami”, i znowu – a nawet w większym stopniu – odkryłem tam coś, co nazwijmy poleganiem na „magii”. Uważano tam bowiem, że rytuały przekazywane z pokolenia na pokolenie w tym nurcie, w tej kulturze, miały jakąś większa moc; że same zwyczaje, same rytuały dzierżyły władze i że to właśnie poprzez użycie właściwych… behawioralnych metod mogłeś odblokować owe moce, czy to tkwiące w kamieniach, kryształach, laskach, czy też w śpiewach. To wszystko nie wydawało się dla mnie właściwe. A jednak – miałem wtedy około jedenastu lat – gdy wypytywałem o to kapłanów, oni się bardzo zaniepokoili, poszli do mego wuja i powiedzieli: „Zabierz go od nas. On nie jest jeszcze gotowy, by nauczyć się tego, co mamy do przekazania”.

Mój wujek uśmiechnął się. „Udamy się w podróż powrotną do domu”. Wiedział, że w trakcie podróży byłem bardzo zmartwiony, gdyż cały czas mój umysł i moje serce szukały zrozumienia:

Po co tyle trudności? Mój Ojciec jest jedynie Miłością!

Podczas podróży do domu byłem cichy i posępny, a gdy przywitano mnie w domu, poszedłem do warsztatu mego ojca, małego warsztaciku stolarskiego. Przy okazji mówiąc – nigdy nie byłem dobrym cieślą… Byłem niejako zaprzątnięty innymi sprawami, a mój ojciec, w przeciwieństwie do tradycji owych czasów, nie nalegał, abym pozostał z nim w warsztacie. A kiedy poczuł, że byłem przyciągany ku wyprawom na wzgórza, by medytować, modlić się, spacerować i rozmawiać z innymi, po prostu mi na to pozwalał. I wielu jego przyjaciół przychodziło do niego, mówiąc: „Twój syn nigdy nie będzie dobrym cieślą. Poddaj go nieco większej dyscyplinie”. On zaś uśmiechał się i mówił: „Jego wzywa inny Głos”. Niektórzy to rozumieli i wspierali mnie, ale było też wielu, którzy się bardzo martwili tym, co postrzegali jako moją buntowniczość, brak dyscypliny, brak poczucia powinności względem tradycji.

Ponownie udałem się w podróż, najpierw do Egiptu, a potem z powrotem do Judei, gdzie rozpocząłem poszukiwania tych, którzy mnie wesprą i pójdą ze mną. Tobie są oni znani jako uczniowie, ja wolę nazywać ich przyjaciółmi. Obudziły się we mnie pewne zdolności… Będziemy tu przez chwilę mówić o tym, co wielu z was nazywa czakrami lub subtelnymi zdolnościami. Gdy owe centra energetyczne otwierają się, umysł i serce mogą rzeczywiście zyskać dostęp do poziomów poznania, które wydawały się wcześniej ukryte. Gdy więc siedziałem w modlitwie, którą ty nazwałbyś medytacją, po prostu zapytałem:

Duchu Święty, co chciałbyś, abym uczynił tego dnia?

I pojawił się obraz, ujrzałem kogoś stojącego na brzegu jeziora, zwyczajnego rybaka, i od razu wiedziałem, że mam z nim nawiązać kontakt. Powstałem więc i rozpocząłem wędrówkę. Zajęła ona kilka godzin w najgorętszej porze dnia. Dotarłem do brzegu jeziora, które znasz jako Morze Galilejskie, a tam faktycznie stał rybak. Nie był to rybak całkowicie mi nieznany, ale członek mojej rodziny, kuzyn. Jego imię brzmi Jan. Wstał on od swego zajęcia z sieciami i spojrzał na mnie. Nie widział mnie odkąd odbyłem moją długą podróż. A jednak gdy spojrzał w moje oczy, wiedział, że wiele się zmieniło, i w tym naszym spoglądaniu na siebie zaszło coś, co można nazwać komunikacją na poziomie głębi dusz, i on wiedział, że nastał czas. Coś go skłoniło, by na mnie spojrzeć i powiedzieć: „Dobra, i co teraz?”, na co mu odpowiedziałem: „Pójdź za mną”.

W czasie – nie będziemy się nad tym rozwodzić – zebrała się wokół mnie pewna grupa. Powiedziano ci, że było dwunastu uczniów. Zasadniczo to było prawdą, ale tak naprawdę było ich około kilkuset, z czego zdecydowaną większość stanowiły kobiety, a nie mężczyźni, ponieważ prostota Ewangelii, którą miałem przywrócić, mogła być usłyszana, zrozumiana i odczuta za pośrednictwem żeńskiej natury. Było tak, ponieważ moja Ewangelia była Ewangelią prostoty Miłości, prostoty tego, że Ojciec i Jego Stworzenie są Jednym, i że każdy prosty akt Miłości jest święty – gdyż to za pośrednictwem żeńskiej natury, natury kobiety można zrozumieć, co to znaczy przygotować prosty posiłek i podać go z miłością bez proszenia o nic w zamian.

Mężczyźni często poświęcali swój czas na spieranie się o teologiczne znaczenie prostej przypowieści, prostej historii, podczas gdy kobiety uśmiechały się, kiwały głowami i mówiły: „Ach, ta podróż do odległych krain, do tych Indii, dobrze posłużyła temu młodemu Jeszule. Jego serce jest otwarte i czuje on prostotę Prawdy”. A jednak one również wiedziały, że w tamtej kulturze nie przyjętoby tego, czego one by nauczały. Dlatego prostota Ewangelii Serca musiała jeszcze płynąć przez męską formę, przez nauczyciela mężczyznę, który był wykształcony i wychowany w tradycji rabinistycznej, przez tego, który postrzegany był jako pewnego rodzaju autorytet, który rozumiał święte teksty. Kobiety zatem zdawały się być w tle, ale tak naprawdę pełniły bardzo ważną rolę. Często to właśnie do nich posyłałem mych uczniów mężczyzn, prosząc po prostu: „Wróć do mnie, gdy twe serce zostanie naprawione i przywrócone prostocie Miłości, gdy porzucisz pytania, a ponieważ twe serce będzie już otwarte, tęsknić będziesz jedynie za dawaniem Miłości”.

Byłem człowiekiem urodzonym w pewnej kulturze, jak wielu innych. Byłem człowiekiem, który zadawał pytania, które i ty zadawałeś. Byłem duszą, która znalazła odpowiedzi, ponieważ nauczyłem się wpierw szukać Królestwa Niebieskiego, a wszystko zostało mi przywrócone. Uświadomiłem sobie, że jestem taki, jakim stworzył mnie mój Ojciec: że jestem na wieki nieograniczony, że naprawdę jestem, a nie tylko ciałem i że dzięki temu samo ciało mogło stać się narzędziem dla ekspresji i szerzenia Miłości. Chadzałem od wioski do wioski i nauczałem po prostu: „Bóg jest jedynie Miłością, a ty jesteś z Nim teraz”. Serce uczyłem świętować. Moich ludzi uczyłem, by odkładali powagę kasty kapłańskiej i poświęcali swój czas zabawie, by wygospodarowali czas na świętowanie, taniec i radość – nie po to, by przywoływać Boskie moce, ale by świętować Rzeczywistość Bożej obecności – tego, że „Ja i mój Ojciec Jedno jesteśmy”. I zaprawdę często tańczyliśmy, często świętowaliśmy.

Zaprawdę, drodzy przyjaciele, pojawiły się wówczas pewne waśnie: „Kim jest ten, który naucza, że dusza nie potrzebuje wstawiennictwa, ślubów kapłańskich, ani tego, by udawać się do przywódców żydowskiej kultury owych czasów, ale że potrzebuje ona jedynie spocząć w ciszy Serca, by powrócić do Miłości Boga, a następnie szukać tych, którym może służyć? Ten człowiek naucza nawet rolników i wieśniaków tego, że nie muszą oddawać hołdu tradycji, w której się narodzili, ale czcić tradycję poprzez bycie jedynie obecnością Miłości. Ten człowiek wytwarza dużo szumu– i cóż my z tym poczniemy?”. Nie wszyscy tak reagowali, tylko niektórzy będący u władzy. I ci udali się do politycznych przywódców wysłanych przez Rzym i przekonali ich, że mógłbym spowodować duże szkody, wywołać spore tarcia. A ponieważ wielu miało nadzieję i modliło się o Mesjasza, i wielu myślało, że Mesjasz przybędzie jako przywódca polityczny, by obalić wrogów – zaczęto się mnie bać jako wroga politycznego. I mimo że uczestniczyłem w uzdrowieniu wielu, zaczęto postrzegać mnie jako tego, który za bardzo miesza. I właśnie wtedy, gdy zbliżałem się do ostatnich dni mego posłannictwa, powróciło do mej duszy pełne objawienie, że dokonałem wyboru, by stworzyć pokaz, któremu nauczającej wartości nikt nie mógłby zaprzeczyć: że można cierpieć z powodu trudności tego świata i wszystko to przezwyciężyć. Miałem pokazać, że śmierć jest nierzeczywista i nie trzeba się jej lękać.

Jeden ostatni raz powędrowałem na pustynię, by modlić się tam i – tak – płakać i poczuć ostatnie ślady lęku, chwilowego zwątpienia i by oddać te sprawy memu Ojcu, prosząc jedynie o to, by przejawiła się przeze mnie Jego Wola. A Jego Wolą jest jedynie Miłość.

W tamtych czasach ze Wschodu przybywało wielu podróżników i podczas jednej z takich podróży z kraju, który znacie jako Indie, przybyli pewni nauczyciele, którzy spędzili dużo czasu z grupą Esseńczyków, żyjących raczej na uboczu społeczeństwa. Mój wujek z moją matką zabrali mnie w podróż do tego miejsca na pustyni, samotnego i wyizolowanego. Usiadłem u stóp owego dziwnego mężczyzny, mówiącego innym językiem, który zdawał się rozbrzmiewać melodią – jak ty byś to określił – rezonującą głęboko w mej duszy i przywołującą odczucie pokoju, jaki czułem, gdy sam czytałem w moim rodzimym języku aramejskim – jakby te dwa były języki były siostrzanymi narzeczami, rozbrzmiewającymi tymi samymi nutami jednej pieśni.

Odczułem wewnętrzny przymus, by bardziej zagłębić się w filozoficzny nurt, jaki nauczyciele ci przynieśli z tamtego odległego kraju. Mój wujek nigdy nie powiedział mi: „Teraz powinieneś udać się tu”. Czekał, aż sam o to poproszę. I gdy byłem jeszcze nastolatkiem, poszedłem do niego i powiedziałem: „Czuję się wzywany, by udać się do ich kraju. Muszę zrozumieć ich sposób postrzegania, ich techniki, muszę się od nich uczyć.” A on odpowiedział: „Mój przyjacielu, jeśli udasz się w tę podróż, możesz już nie wrócić. To ogromna odległość i wiele do nauki. Czy jesteś chętny, by opuścić rodzinę i dom?”. Będąc młodzikiem, bez zwlekania odparłem po prostu: „No pewnie!”.

A on odpowiedział: „Bardzo dobrze, udamy się w tę podróż, ale najpierw na krótko wrócimy do Egiptu, by odpocząć, spędzić czas z przyjaciółmi, następnie zaś poślę cię z tymi, którzy będą z tobą podróżowali”.

Opuszczając potem Egipt, podróżowałem z grupą około siedmiu ludzi, którzy zostali mi dani, by mnie chronić i prowadzić, i którzy już byli w tamtej krainie. Wtedy jeszcze o tym nie wiedziałem, ale oni wiedzieli, dokąd mnie zabierali. Wydawali się wiedzieć, kogo mam spotkać, z kim mam spędzić czas. I tak wybraliśmy się w podróż do kraju, który ty zwiesz Indiami, zaprawdę dziwnego kraju. A jednak wydawało się, że jest tam wszechobecna wiedza, wiedza o wiecznej obecności Boga. Nawet wtedy było tam jednak wiele sekt i wyznań, a niektóre z nich wydawały się być silnie przyciągane do „magii” – próby przywołania Wolę Boga, by zyskać nad nią władzę, by być postrzeganym jako wybraniec Boga. To zawsze mnie martwiło, ale zabrano mnie do miejsca, które znasz jako północne Indie, skąd podróżowaliśmy do – jak go nazywacie – łańcucha Himalajów. Tu zacząłem spotykać pewnych nauczycieli emanujących pokojem, który wcześniej widywałem bardzo rzadko – pokojem, który do mnie przemawiał i natychmiast sprowadzał mój umysł i emocje do ciszy. Wiedziałem, że było w tym rozpoznanie (ang. „knowigness” – dosłownie: wiedzenie, stan, w którym się wie – przyp. tłumacza). Spędziłem wiele, wiele miesięcy u stóp Himalajów z grupą nauczycieli i nauczyłem się tego, co wy powszechnie nazywacie praktyką jogi. Nauczyłem się praktyki oddechu; opanowałem ciało: nauczyłem się pościć i żyć bardzo skromnie. Powiedziano mi, że to ważne. Dopiero później dowiedziałem się, że było to po prostu narzędzie, które służyło poskromieniu niepokojów mego młodzieńczego umysłu, i pomagało mi myśleć, że podążałem jakąś żmudną ścieżką. To była moja rozrywka.

Gdy byłem z tymi nauczycielami, nauczali mnie oni o głębi świadomości, odsłaniając przede mną – kawałek po kawałku, dzień po dniu – to, że Serce i Źródło Stworzenia w ogóle nie było na zewnątrz mnie, i że to odczucie, które miałem jako małe dziecko, było trafne: że Bóg jest jedynie Miłością, że znany jest pod wieloma imionami i że to On sprowadza umysł do ciszy i pozwala sercu w wolności i bezpieczeństwie otworzyć się na różne sposoby. Była to prawdziwa ścieżka, prawdziwe nauczanie, prawdziwy dar, który mógł zostać dany każdemu.

Nauczyłem się subtelnej sztuki słuchania, przestawania z drugim w związku, bez myślenia, że wiem czego potrzebuje mój brat czy siostra, ale ucząc się coraz bardziej dostrajać do świadomości, że istnieje obecność jednego nauczyciela, którego ja nazywałem Duchem Świętym, Pocieszycielem, który jest zawsze ze mną, który szepce do mnie o prostocie tego, co jest potrzebne w każdej chwili. Nauczyłem się, że ścieżka przebudzenia nie była drogą pozyskiwania, ale tracenia, nie była drogą zmagania, ale przyzwalania, nie była ścieżką intelektu, ale serca. A moja praktyka stała się prostotą pamiętania o tym, że:

Bóg jest ze mną teraz i jedyny czas, jaki istnieje, to ta chwila.

I tak w owej krainie w bardzo wysokich górach doświadczyłem chłodu śniegów, doświadczyłem podróżowania do jaskiń, by pozostawać tam samemu przez całe tygodnie. Ale w miarę upływu czasu przejrzałem na wylot ograniczenia, jakie te techniki niosły. I z własnej woli opuściłem góry i rozpocząłem podróż na dół, w doliny, gdzie odnalazłem mych nauczycieli i po prostu powiedziałem im: „Myślę, że już wiem, o co chodzi”. A oni uśmiechnęli się i powiedzieli: „Już czas, byś odszedł, ale zanim to się stanie, jest coś, czym musimy się z tobą podzielić”. Oni już wiedzieli, że zbliżam się do końca nauki, którą od nich otrzymałem i bez mojej wiedzy wysłali wiadomość. Gdyby mieli telefony, byłoby to znacznie prostsze! Mój wujek i mój ojciec przybyli po mnie i gdy schodziłem z góry, by spotkać się z grupą moich nauczycieli, zdziwiłem się, że oni tam już byli. I tam, w kręgu, ojciec mój podzielił się ze mną tym, że był cel, który na mnie czekał, że istniała potrzeba, by być niczym światło przeszywające ciemność kultury, w której się narodziłem, i że zaprawdę byłem proszony, by oddać swe życie – by nauczać mój własny żydowski ród, by przypomnieć im o prostocie tej Prawdy, że nie potrzeba pośrednika pomiędzy jakimkolwiek człowiekiem a Bogiem… Że kasta kapłańska, rabini, świątynie, całe to skomlikowanie stworzone na przestrzeni długiego czasu, nie były tak naprawdę konieczne, ale nadal można by ich używać, by czcić i świętować prostotę tego, że „Ja i mój Ojciec jesteśmy Jednym”. W tamtej chwili nie wiedziałem, że plan misji mego życia wiązałby się z daniem dość wyjątkowego świadectwa. Zatem zaprawdę przyzwoliłem, by akcja toczyła się dalej. To nie było tak, że to ja ją wyreżyserowałem, ona już była w toku. Ja po prostu na to przyzwoliłem.

I gdy zapytano mnie: „Czy jesteś królem żydowskim?”, odpowiedziałem po prostu: „Niektórzy tak mawiają”. „Czy jesteś Synem Boga?” – „Czy ty tak mówisz?” I na każde pytanie odpowiadałem pytaniem, gdyż to wszystko nie miało znaczenia. To spowodowało duże wzburzenie pośród mych zwolenników, mych przyjaciół, gdyż znali oni – tak jak wy – swe lęki. Niektórzy stali się ode mnie zależni, niektórzy naprawdę mieli nadzieję, że jestem Mesjaszem, politycznym Mesjaszem, który miał przybyć, by obalić Rzymian siłą. Niektórzy zaczęli we mnie wątpić i zaczęli się odsuwać. Wielu mnie kochało i nie mogło pojąć tego, co miało się wydarzyć, choć nauczałem ich, że: „Po trzech dniach wzniosę na nowo tę świątynię. Bądźcie zatem dobrej myśli”. Oni zaś byli zdezorientowani: „Co on ma na myśli? Zbudowanie świątyni zajęło wiele lat! Któż mógłby ją zburzyć i w trzy dni odbudować kamień po kamieniu? O czym on mówi?”. A niektórzy zaczęli pojmować, że mówiłem o świątyni mego ciała.

Zrozum zatem dobrze, że ci, którzy byli ze mną, byli tacy, jak ty. Byli ludźmi zmagającymi się z tym, by w ramach ich własnej kultury zrozumieć, jak żyć z Bogiem w pokoju, jak szerzyć Miłość, co to znaczy przebudzić się? I tego dnia, o tej godzinie, gdy zostałem oddany w ręce władz, komunikacja między mną a moimi zwolennikami została przerwana, choć powiedziałem im: „Jestem z wami zawsze”.

Nie pozwól, by ktokolwiek ci wmawiał, że ukrzyżowanie się nie wydarzyło. Gdyby tak było, wtedy moje własne doświadczenie na pewno było złudzeniem, a ja być może postradałem rozum. Ciało zostało ukrzyżowane, było martwe i zostało pochowane. A moi wyznawcy i przyjaciele rozpierzchli się. Wielu z nich wzięło na swe barki ciężar winy i bólu. Porzucili – poza kilkoma – moją matkę i uciekli, by się ukryć. Niektórzy pozostali, by z bliska śledzić wydarzenia, ale nie z nazbyt bliskiej odległości, ponieważ nie chcieli zostać rozpoznani. Wszyscy znacie poczucie winy, które pojawia się, gdy czujesz, że kogoś porzuciłeś. Poczucie winy zawsze jest złudzeniem.

Zrozum zatem dobrze, że trzeciego dnia głaz został odsunięty, a ci, którzy byli najbliżej mnie – kobiety, które rozumiały i były ze mną w komunikacji – przybyły, by odkryć, że dzieje się coś wielkiego. A ja zaprawdę ukazałem się wielu. Gdy bowiem zrozumiesz, że nie jesteś ciałem, i gdy będziesz chciał jedynie Miłości, a więc i nie będziesz widział niczego innego, to również i ty nauczysz się, że jesteś Duchem, że jesteś Boskim Światłem. Zrozumiesz, że w tej właśnie chwili ciało, które wydaje się twoim ciałem, jest z tobą jedynie dlatego, że z głębi swego współczucia podejmujesz decyzję, by być obecnym w tej szacie, mimo że prawda o tym, kim jesteś, nigdy się nie zmieniła. Pozostajesz Duchem i jedynie Duchem. Tworzysz fasadę, za pomocą której możesz szerzyć Miłość w świecie, który tego potrzebuje.

Drodzy przyjaciele, moje podróże nie różniły się od waszych. Ty również podróżowałeś do odległych kultur. Studiowałeś wszystkie duchowe techniki, jakie są, i jakie kiedykolwiek stworzono. Znasz drogę pokładania nadziei w magii. Znasz ścieżkę polegającą na wykonywaniu pewnych rytuałów w celu zadowolenia Boga, tak jakby Bóg cię kiedykolwiek oceniał. I każdy z was budzi się do prostoty owej Prawdy, którą ja również jako człowiek się nauczyłem:

Ja i mój Ojciec Jedno jesteśmy. Tu i teraz cała moc Miłości może przeze mnie przepływać, ponieważ zwyczajnie porzucam każde postrzeżenie, jakie kiedykolwiek miałem, i uznaję, że jedynie Miłość jest rzeczywista, i że temu, co rzeczywiste, nigdy nie można zagrozić, a to, co nierzeczywiste, nie istnieje.

Ta Prawda stoi w całkowitej sprzeczności ze wszystkim, czego naucza cię świat, ale gdy dokonujesz wyboru, by praktykować w każdej chwili, korekta przypływa do głębin umysłu, a serce się otwiera. Do duszy powraca śmiech, gdyż pozory nie mają już mocy, by nad tobą panować, ponieważ widzisz jedynie Miłość i przypomniałeś sobie, że śmierć we wszystkich jej formach jest nierzeczywista. Pozostajesz taki, jakim zostałeś stworzony, a pomiędzy umysłami połączonymi w Miłości nie ma oddzielenia.

Zrozum więc proszę, co masz w zasięgu ręki, gdyż przybyłeś, by w swym własnym życiu zaświadczyć, że nie ma już dłużej potrzeby, by opierać się na magicznych środkach w celu przywołania Mocy Boga. Ty jesteś obecnością tej Mocy!

…Ona się martwi i wysyła czasem taką myśl: „Jeszua, taśma zaraz się skończy”. Trochę ją onieśmielam, gdy mówię o tym publicznie. Być może nadszedł czas, by powiedzieć, że ta istota, którą znacie jako Anastazja, również podróżowała ze mną w tamtych czasach, tyle że jako mężczyzna. W tamtym czasie był to bardzo inteligentny, oczytany i wykształcony mężczyzna. Znał język grecki, hebrajski i aramejski. A jednak jego przyjaciele często go nie słuchali, ale to już inna historia. On w tamtych czasach również nosił w sobie wiele winy: „Czy zawiodłem mojego przyjaciela, Jeszuę?” Pozostając w swym bólu, pozwalał, aby słowa, które wypowiedziałem, rozbrzmiewały w jego umyśle: „W trzy dni odbuduję tę świątynię. Co on miał na myśli? Do licha, Jeszua!” A jednak przybyłem i ukazałem się mu, podobnie jak wielu innymi moim przyjaciołom, używając tego, co ty mógłbyś nazwać „różnymi poziomami gęstości”…

Zrozum dobrze, przybywam do każdego serca, które przygotuje dla mnie miejsce. Nie są do tego wymagane całe życia poświęcone oczyszczaniu, ponieważ nie ma w tobie winy; twą naturą jest doskonałość. A prostota trwania ze mną leży jedynie w twej chęci, by uwolnić ciężar świata, odwrócić się od hałasu i zgiełku tego, co nazwaliśmy już głosem ego – który jest kolektywnym chaosem umysłu świata – i by spocząć w prostym uznaniu:

Jestem taki, jakim stworzył mnie Bóg. Ponieważ wszystkie umysły są połączone, dokonuję wyboru, by trwać w obecności odwiecznego przyjaciela, który nigdy mnie nie opuścił.

Oczywiście tylko, jeśli tego chcesz! To nie jest konieczne do tego, by się przebudzić. Nauczaj zatem ten świat, że ja przybywam jedynie jako brat i przyjaciel.

Będąc człowiekiem, dopełniłem mej części w Pojednaniu i poprzez nauczanie tego, że śmierć jest nierzeczywista, sam się tego nauczyłem. „Co? Jeszua mówi, że kiedy poszedł na krzyż, być może pojawiło się zwątpienie?” O tak. Ale jeśli prawdą jest, że otrzymujesz to, co dajesz, i że tak jak nauczasz, tak sam się uczysz, to ponieważ wiedziałem, że chcę nieograniczoności na zawsze, pozwoliłem, by to świadectwo było również moją ostateczną lekcją: nauką, że prawdą jest: śmierć jest nierzeczywista. A jeśli śmierć jest nierzeczywista, nie może istnieć myśl o poświęceniu i nie można niczego utracić. Można jedynie wszystko zyskać poprzez pamiętanie, że:

Zaprawdę jestem tutaj, by być prawdziwie pomocnym, gdziekolwiek to „tutaj” by nie było.

W moim przypadku wydaje się, że oznacza to bycie bez ciała, ponieważ Wolą Stwórcy nie jest, bym przyjął fizyczną formę, a ty swoją własną drogą dochodzisz do owej niewinnej prostoty cichych, którzy posiądą Ziemię:

Ojcze, co chciałbyś, bym uczynił tego dnia? Chcesz, bym uciął sobie drzemkę? Dobra!

To jest bardzo, bardzo proste.

Co mogę uczynić? W jaki sposób mogę służyć?

Będąc obecnością Miłości! A twe dary zostaną aktywowane za twoim pośrednictwem, gdyż jest jeden Nauczyciel, który wie jak utkać przebudzenie tego świata i który jest już w to aktywnie zaangażowany. Zatem nie oczekuj, że będziesz nadzorującym, ale nadzorowanym, i ufaj Głosowi przemawiającemu w Imieniu Boga, tak jak ja nauczyłem się słyszeć jedynie ten Głos.

Jesteś Światłem, które rozświetla ten świat, jeśli bowiem twoi bracia i siostry mają przypomnieć sobie Prawdę, która w nich mieszka, to czy nie prosi ona, by im o niej zaświadczyć? A zatem gdy będziesz nauczał Miłości, to i Miłość otrzymasz. I gdy po prostu pozwolisz sobie być chętnym, by Miłość była dawana poprzez ciebie, uświadomisz sobie, że nie możesz nie być we właściwym miejscu i o właściwym czasie; a poprosiłeś, by być tu, gdziekolwiek to „tu” jest. I gdy pozwolisz, by ta Miłość szerzyła się poprzez ciebie, przypomnisz sobie Miłość, i odtąd jej powab będzie rósł, stając się coraz jaśniejszy, aż nie pojawi się już żaden ślad myśli o pragnieniu czegokolwiek innego. A wtedy nie będziesz widział niczego innego! I gdy Stworzenie zostanie uniesione wraz z tobą, zasłony, które wydawały się ukazywać jedynie oddzielenie, rozpuszczą się niczym mgła w świetle wschodzącego słońca, a całe Stworzenie zostanie przywrócone Jedności i uniesione do Serca Boga.

Odzwierciedlaj zatem dla tego świata prostotę Prawdy, którą zawsze znałeś, i wiedz, że jestem z tobą, ponieważ cię kocham. Z każdym swym oddechem bądź więc tym, kim jesteś, a Pojednanie już się w tobie dokonało, ty zaś jesteś Światłem, które rozświetla ten świat.

Pozostań zatem dzisiaj w pokoju. Wchodź często do cichej komnaty Serca, nie po to, by modlić się o zjednoczenie z Bogiem, ale by uznać to, co jest i czego nie można ci odebrać. A potem świętuj wraz z każdym oddechem i każdą myślą, pozwól, by każdy łagodny uczynek stał się dla ciebie święty, pozwól, by każdy łagodny dotyk i każdy uśmiech podarowany przez ciebie światu… by każda czynność stała się świętym sposobem, poprzez który za twoim pośrednictwem wyrażana jest Miłość. Na tym kończą się wszelkie nauki. W tym wyraża się doskonałość wszystkich Ewangelii. Teraz nastał ten czas, a Umysł Chrystusa łagodnie zakrada się przez ostatnie zasłony, poznanie zaś zostaje przywrócone Świętemu Umysłowi jedynego Stworzenia Ojca: tobie.

Pokój niech zawsze będzie z wami, którzy przybyliście, by przywrócić Prawdę świadomości rodzaju ludzkiego.

Amen.

Copyright by Jayem
Tłumaczenie: Maria i Rafał Wereżyńscy
www.DrogaMistrzostwa.pl